ŁADOWANIE

Zwyczajnie dobrze w Malezji

DreamCatchersJourney

Zwyczajnie dobrze w Malezji

Przydługi wstęp na dobry początek

Ten wstęp powstawał już tyle razy, że nie jestem w stanie zliczyć. Nic dziwnego. Tekst ten bowiem rodzi się w bólach już DRUGI rok, a sytuacja na świecie i w naszym życiu dynamiczna, szybko się te rzeczy, które wypisuje we wstępie deaktualizują. Z innymi wpisami nie było aż takich problemów. Na wyprawie jeden post powstawał zwykle w jeden, wolny od jazdy dzień, a i tak mieliśmy spore zaległości! Brać podróżnicza na pewno to zrozumie 😛 Najlepiej byłoby dla mojego dobrostanu psychicznego, napisać być może wstęp uniwersalny, żeby nie zaczynać za każdym razem, jak mnie najdzie wena, tego posta od początku, ale takie logiczne i życiowe zagrywki są nie w moim stylu. Siadłam raz i próbowałam przeanalizować skąd wzięła się ta moja opieszałość w pisaniu posta o Malezji, bo i należą Wam się jakieś wyjaśnienia. I do jakich wniosków doszłam. Otóż z moich analiz wyszło, że:

  1. na wyprawie nie mogłam się za to zabrać, bo na tamten moment w czasie, wydawało mi się, że w Malezji nie było AŻ tak fajnie i ciekawie, jak w innych miejscach, w których do tamtej pory byliśmy,
  2. potem, po powrocie do Polski okazało się, że proza życia ma po prostu FATALNY wpływ na moją inspirację do pisania. No bo wyobraźcie sobie, przez półtora roku Wasze życie to motocyklowa podróż, nie musisz sprzątać, gotować, przyjąć elektryka, IŚĆ DO PRACY. Żeby napisać post potrzebujesz po prostu DNIA WOLNEGO od jazdy. A po powrocie do Polski? Dzień wolny to w skrócie: „Przyjedziecie z Łukaszem na obiad?”, pranie się skończyło, obiad trzeba zacząć robić, przyjaciółka wyciąga na kawę, małżonek woła na odcinek serialu. Zanim ja napisałam ten ^#%@#%$ wstęp to już pranie wyschło, przyjechał kurier albo skończył się olej i trzeba było iść do sklepu. TAK było, jeszcze nie tak dawno temu…
  3. BO TERAZ… teraz to już w ogóle świat stanął na głowie! Pozamykali nas w domach, kazali nosić na twarzy maseczki zrobione z dowolnych materiałów od srajtaśmy po wełniany szalik, wirus skutecznie pokrzyżował plany praktycznie nas wszystkich, innymi słowy panuje ogólnoświatowa lipa… To już większą wenę miałam w punkcie drugim.

Jest 01.05.2020, ten post dziś powstanie i zostanie opublikowany. Żebyśmy wszyscy zajęli dziś głowy czymś innym niż ilość nowych zachorowań, wybory korespondencyjne czy też młody i dynamiczny wiceminister finansów. Zapraszam kochani do MALEZJI, bo teraz wiem, że w porównaniu z tym co się dzieje teraz, tamte czasy i przygoda to dopiero było COŚ 😀

Malajowie + Chińczycy + Indusi = Malezja

Malezja to kraj składający się z trzech nacji, a co za tym idzie z trzech zupełnie różnych kultur. Są to Malajowie, Chińczycy i Indusi. Oznacza to, że obok siebie KOEGZYSTUJĄ trzy zupełnie różne religie: islam, hinduizm i buddyzm. Czyli jednak można i da się. Jaki to miało wpływ na nasze przygody? A no na przykład taki. Jedziemy sobie pewnego dnia, zjeżdżamy na parking przy drodze by napić się wody. Za nami zjeżdżają dwa auta, z których wysypuje się bardzo liczna rodzina Hindusów. Otwierają bagażniki, z których wyjmują jedzenie, biegną do nas, przedstawiają się i zapraszają na lunch. Z polskiej wyuczonej grzeczności, rzecz jasna mówimy coś w stylu „ależ gdzie tam, nie będziemy przeszkadzać!”. Oczywiście, z doświadczenia już wiedzieliśmy, że odmowa w takich przypadkach napotyka mur oporu, więc zjedliśmy obiad w przemiłej indyjskiej atmosferze. Jeśli chodzi o Chińczyków, nasz mechanik w Kuala Lumpur był Chińczykiem, w związku z czym musieliśmy przeczekać Chiński Nowy Rok, by odebrać nasze motocykle z serwisu. Natomiast muzułmanie, jak to muzułmanie, w pracy wezmą wolne, żeby Ci w ciągu dnia pomóc, pokazać miasto, a przy okazji mianują Cię honorowym członkiem Malezyjskiego klubu BMW. Czyli sami widzicie, nic nowego 😛

 

Kierunek na George Town

Z braku jakiegoś bardziej sprecyzowanego planu na Malezję obraliśmy początkowo kierunek na George Town. To takie przyjemne miasteczko na wysepce Penang i miejsce, gdzie trafia chyba najwięcej turystów. Takie miejsca są dobre raz na jakiś czas z kilku powodów. Przede wszystkim, jak jest dużo turystów, a miasteczko jest, źle to zabrzmi, ale CYWILIZOWANE, to znaczy, że jest spora szansa na czyste spanie w ładnym hoteliku, jest też duża szansa na dobre jedzenie robione POD turystów, żeby po powrocie do kraju można było mówić, że „w Malezji to dobrze karmili!” (do tematu jedzenia jeszcze wrócimy). Znaczy to też, że prawdopodobnie fryzjer będzie mówił po angielsku, jest gdzie wybrać się na spacer i będzie można wybrać się na niego w spodenkach do kolan, bo inne zachodnie turystki i tak chodzą półnagie, więc łagodzą obyczaje. Także, jak dla mnie, plusów było wystarczająco dużo 😀

Na wysepce Penang okazało się też, ku naszemu zaskoczeniu, że obowiązuje nas jeżdżenie po oddzielonych pasach dla motocykli. Bo faktycznie taki twór tam istniał. Poinformował nas o tym fakcie Pan Policjant, który bez zbędnych ceregieli zatrzymał nas i zaczął wypisywać nam mandat. Problem w tym, że nasze motocykle w porównaniu do miejskich małych skuterków były na tych pasach jak czołgi. Ledwo mieściliśmy się, z kuframi i torbami, między wysokie krawężniki oddzielające ten pas! Długo trzeba było to tłumaczyć Panu Policjantowi, ale w końcu, gdy przekonaliśmy go, że nie jesteśmy Tajami, za których nas wziął, a których szczerze nie lubił, tylko przyjechaliśmy z Polski, to nas puścił i nawet się uśmiechnął.

DreamCatchersJourney

Jedzenie w Malezji

Lubimy dobrze zjeść, to żadna tajemnica. Słyszeliśmy też wiele pochlebnych opinii o malezyjskiej kuchni i to z zaufanych źródeł! Więc nie wiem, jak to się stało, że przez miesiąc na palcach jednej ręki można policzyć, potrawy, które były całkiem niezłe. Reszta to jakieś kompletne nieporozumienie. Oczywiście te całkiem niezłe dania trafiały się w miejscach turystycznych, czyli we wspomnianym już George Town, w Kuala Lumpur, Ipoh, czy w miasteczkach w obszarze Cameron Highlands (tam akurat jedliśmy pyszne burgery). W miejscowościach typowo lokalsowych, w których przychodziło nam się zatrzymać na posiłek czy też zostać na noc, królowały restauracje po brzegi wypełnione chińskimi zupkami i jak piszę „po brzegi” mam na myśli PO BRZEGI. Bardzo często trafiały się też „restauracje” serwujące jedzenie w formie bufetu. Nagotowane było więc wiele różnych malajskich potraw, a klient, klasycznie, z talerzem w ręku nakładał sobie to, na co akurat przyszła mu ochota, a Pani na podstawie nieznanego nam algorytmu podliczała ile mamy zapłacić. Sęk w tym, że ciepłe to jedzenie bywało zazwyczaj tylko rano, potem w środku dnia, jadało się to wszystko na zimno, sporadycznie spotykaliśmy się z możliwością odgrzania w mikrofali. I były to zwykle miejsca po brzegi wypełnione ludźmi, gdzie często nawet sami lokalsi tłumaczyli, co jest czym i co polecają. A teraz najśmieszniejsze, na kolację z członkami Malezyjskiego Klubu BMW zostaliśmy zaproszeni do Tajskiej knajpy, bo sami nasi Malezyjscy przyjaciele tłumaczyli, że średnio przepadają za lokalną kuchnią!

 

Cameron Highlands

Cameron Highlands to taka miejscówka, która widnieje na szczycie każdej listy typu „5 miejsc, które musisz odwiedzić w Malezji” albo „Malezja- to musisz zobaczyć”. I cóż ja mogę powiedzieć, co kto lubi. Jeśli na każdym blogu podróżniczym przeczytacie, że to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi albo, że trzeba to zobaczyć przed śmiercią to pewnie nastawicie się tak pozytywnie, że zaczniecie w to wierzyć i będzie się Wam podobać. Zacznijmy od tego, że to co jest tam do oglądania to plantacje herbaty, na które trzeba się specjalnie wybrać, na trekking czy wycieczkę.

 

Sama trasa biegnąca przez Cameron Highlands i miasteczka, w których śpi się po drodze, by na ową wycieczkę czy trekking się wybrać są nieprawdopodobnie wręcz brzydkie i ponure. Naprawdę brzydkie. Dodać do tego należy, że bardzo często pada tam deszcz i z racji swojego wyżynnego położenia, jest tam dużo chłodniej niż w innych miejscach w Malezji. Same plantacje, owszem, przyjemne dla oka, ale cała otoczka tych szarych, nieurokliwych miasteczek w deszczu, tych plantacji (akurat w większości truskawek) poprzykrywanych plandekami przy drodze, tych korków, w których trzeba się nastać… to wszystko tak psuje klimat, że gdyby nas ktoś zapytał, czy warto, to odpowiedzielibyśmy pewnie, że nie. Lepiej więc nie pytajcie 😀

Pokoje bez okien

Ten post nie mógłby powstać bez poruszenia tematu pokojów hotelowych bez okien. Malezja, kraj naprawdę całkiem bogaty, całkiem turystyczny, a ilość hoteli oferujących pokoje bez okien o zapleśniałych ścianach, w których mieliśmy wątpliwą przyjemność spać była zatrważająco duża. Najgorsze było to, że hotel zazwyczaj dobrze wyglądał z zewnątrz, pokoje przyzwoicie prezentowały się na zdjęciach, a jak przychodziło co do czego, to dostawaliśmy pokój- bunkier. Dobrze, że były klamki. Raz można się przespać, drugi raz niech będzie, ale za piątym człowiek wariuje i przestaje być miły! I tym akcentem kończę już narzekanie, dalej będzie już tylko milej! 😀

Serwis w Kuala Lumpur i ładowanie baterii

W Kuala Lumpur, jak to w każdym innym dużym mieście podczas podróży, zatrzymaliśmy się głównie po to, żeby pozałatwiać najważniejsze sprawy. Przede wszystkim zrobić pełen serwis motocykli w miejscu doskonale znanym motocyklistom podróżującym z lub w kierunku Australii, czyli w serwisie Sunny Cycle.

Jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, nocleg wybieraliśmy pod kątem bliskości serwisu. Doskonale się złożyło, że całkiem niedaleko znajdował się popularny kompleks Regalia Suits. To taka grupa wysokich budynków mieszkalnych, których apartamenty, prawdopodobnie w większości, jeśli nie w całości, przeznaczone są pod wynajem dla turystów. Cena jest bardzo przystępna. W dobrych pieniądzach można wynająć cały apartament w wysokim standardzie (jeśli podróżuje się w więcej osób) albo jedynie pojedynczy pokój. Można też trafić fajny widok z okna na Petronas Towers, a dla miłośników pluskania się w ogólnodostępnych, publicznych basenach (czyli nie nas :P) na dachu znajduje się „infinity pool”, czyli ten taki basen niby bez barierki. Na terenie kompleksu jest:

  1. pralnia,
  2. parking strzeżony,
  3. sklep,
  4. a tuż obok Galeria Handlowa, gdzie można coś zjeść albo uzupełnić zapasy.

Słowem jest tam wszystko, czego człowiek wyczerpany roczną podróżą potrzebuje do szczęścia! Wynajęliśmy bardzo fajny pokój z łazienką w 3 – pokojowym apartamencie, gdzie oddawaliśmy się szeroko pojętemu relaksowi. Dla naszych zmieniających się współlokatorów z pozostałych pokojów byliśmy na pewno ciekawym zjawiskiem. Na ten przykład typowa scena z kuchni, gdy wychodziliśmy z naszej norki zrobić coś do jedzenia i spotykaliśmy kogoś z pokoju obok. Ten ktoś zazwyczaj pytał:

„Hej co tam?! Jak Wam się podoba w KL?”,

my odpowiadaliśmy z uśmiechem, że:

“Bardzo!”

Na to padało kolejne pytanie typu:

„A ilu tu już jesteście?”,

„będzie z tydzień”

padała nasza odpowiedź.

„Ooo i co już widzieliście?”

„yyyy….”

I tu już się robiło bardziej niezręcznie, bo, jak powiedzieć, bez wchodzenia w szczegóły, że widzieliśmy serwis, supermarket, no i z takich większych atrakcji kupiłam nowe majtki w H&M, a Jarząbek dwa razy przepakował kufry.

Zwyczajnie dobrze

Podróżując po Malezji nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że kraj ten w żaden sposób nie wyróżnia się na tle innych, już wcześniej przez nas odwiedzonych. Nie zostaliśmy niczym zaskoczeni. Wcześniej opuściliśmy Tajlandię (o czym przeczytacie: tu), więc z gościnnością i serdecznością lokalnej ludności byliśmy już obyci, widzieliśmy przepiękne plantacje herbaty w indyjskim Sikkimie, więc Cameron Highlands nie zrobiło na nas efektu WOW, w tylu innych miejscach jedliśmy przepyszne jedzenie, więc na potrawy oferowane w Malezji, które rzadko nam smakowały, po prostu kręciliśmy nosem. To kraj rozwinięty, wielokulturowy, gdzie człowiek czuje się zwyczajnie dobrze. I tak też będziemy wspominać Malezję. Było nam tam zwyczajnie… dobrze : )

Pozostaw komentarz