ŁADOWANIE

Turecki czaj i inne takie

DreamCatchersJourney

Turecki czaj i inne takie

To nie program podróżniczy

Wyjechaliśmy w tę podróż z wielu powodów. Różnych. Ciężko to ubrać w słowa, zwłaszcza, że na zewnątrz jest 41 stopni C, ale jednym z głównych była chęć zrobienia sobie takiej przerwy od ‘normalnego’ życia i zobaczenia jak to jest, gdzie indziej. Zdaję sobie sprawę, że żeby dobrze poznać dane miejsce musielibyśmy spędzić w nim kupę czasu i w naszej podróży zaledwie „liźniemy” państwa, które odwiedzamy. Jednak co przeżyjemy, zobaczymy, doświadczymy to nasze i tym byśmy się chcieli z Wami podzielić. Dodatkowo warto mieć na uwadze, że taka wyprawa to nie program podróżniczy z Martyną W. lub Wojciechem C. na czele. Oznacza to ni mniej ni więcej, że oprowadzający po okolicy lokales z komunikatywnym angielskim, przybliżający ciekawostki o regionie to towar deficytowy. Śpimy u miejscowych, a jakże. Zdarzają się tacy z perfekcyjnym angielskim, a jakże. Jednak to nie reguła, a poza tym, często po całym dniu jazdy, kiedy jesteśmy brudni i spoceni, jak szczęśliwa świnka w błocie, to ostatnią rzeczą jaka nam przychodzi do głowy jest couchsurfing i obcowanie z ludźmi.

Czemu ma służyć ten przydługi, tajemniczy wstęp? Już wyjaśniam. Wpadłam na pomysł nowej formuły postów w postaci scenek rodzajowych. Oznacza to, że nie przeczytacie na tym blogu o geologicznych początkach Kapadocji. To sobie doczytacie na Wikipedii. Tu czekają na Was nasze przygody w czystej postaci. To co? Ciekawi, jak to było w tej Turcji?

 

Scenki z kategorii „Czaj”

Picie CZAJ to sport narodowy. Na początku wydaje się to dziwne, 38 stopni na zewnątrz, Ty marzysz o zimnym browarku, wchodzisz do najbardziej obleganej knajpy w okolicy i dowiadujesz się, że wszyscy Ci ludzie siedzą przy herbacie, a browarka to tu nie sprzedają. Czaj jest wszędzie, często nawet na stacji benzynowej jest wystawiona maszyna, gdzie za darmo można sobie zaparzyć herbatkę. W wielu miasteczkach wschodniej Anatolii na wjazdach i wyjazdach są poustawiane bramki przez wojskowych. Niestety ani jeden z nich nie znał angielskiego na tyle, by odpowiedzieć nam na pytanie po co to jest i co właściwie sprawdzają, ale zgadnijcie, co stanowiło płaszczyznę naszego porozumienia, gdy my nie znamy tureckiego, a oni angielskiego. Patrzą na nas my na nich i w końcu z ich strony pada magiczne „Czaj?”, a z naszej no pewnie!  Krótką chwilę zajęło nam przywyknięcie do tego modelu, ale teraz niczym wprawiony Turek, gdy tylko usłyszymy „Czaj” to potakująco kiwamy głowami.

Scenki z kategorii „Płacenie w knajpach”

Miejsca, w których wypadały nam noclegi chyba nie widziały obcokrajowców od wieków, toteż z angielskim było raczej ciężko. Poniżej przedstawiam schemat kończenia pobytu w knajpach, niestety do zrozumienia tej scenki potrzebna jest podstawowa znajomość języka angielskiego, żeby było śmiesznie.

-Can we have a check please?

– Yyyyy „czaj”? one or two?

-No, no. BILL, we want to pay.

-Yyyyy beer? One or two?

 

 

Scenki z kategorii „Kapadocja”

Kapadocja, czyli ulubiona kraina gwiazd Instagrama i wycieczek Itaki. Wcale nas to nie dziwi, bo to przepiękne miejsce słynące z oferowania noclegów w jaskiniach. Ale trzeba być ostrożnym. Każdy hostel, hotel, pensjonat ma w swojej nazwie „CAVE”, czyli jasknia, ale często z jaskinią nie ma nic wspólnego. Nie dajcie się więc nabrać, no chyba że na spaniu w jaskini Wam nie zależy. My trafiliśmy na hostel prowadzony przez pewną całkiem śmieszną, lekko zamotaną dziewczynę. I nawet nie chodzi o to, że przez 3 dni naszego pobytu chodziła w piżamie. Podjeżdżamy pod hostel, wchodzę:

– Czy macie, jakiś wolny pokój dla dwóch osób?

– Tak! Niestety jest jeszcze nieposprzątany. Ale wiesz co, daj mi dosłownie 5 minut.

W sumie, ja też zawsze tłumaczyłam mamie, że 5 minut mi wystarczy na posprzątanie pokoju 😀

 

 

Scenki z kategorii „Śpiew z meczetu”

Turcja to pierwszy muzułmański kraj na naszej trasie. Do pewnych rzeczy musieliśmy, więc przywyknąć. Jedną z nich był śpiew muezina z meczetu 5 razy dziennie. Głośniki są wszędzie, więc bez obaw, nikogo nie ominie ta przypominajka o modlitwie, zwłaszcza przed wschodem słońca. Ale czy jakiś spotkany przez nas Turek rzucił się po dywanik, zawiesił wykonywanie innych czynności i gorliwie zaczął się modlić? Yyyy…Nie. Za to po skończonym jedzeniu w miejscowości Dirvigi właściciel lokalu przyniósł nam album ze zdjęciami z ważnych wydarzeń z życia miasteczka i co ciekawe montaż kilku nowych głośników chlubnie był w nim wyróżniony.

Scenki z kategorii „Ludzie”

Po zjechaniu do centralnej części Turcji, kiedy ruch uliczny mocno się uspokoił, a ludzie przestali się wszędzie spieszyć, zaczęliśmy spotykać się z niezwykłą serdecznością. Właściciel jednego z hoteli, w którym się zatrzymaliśmy pozwolił nam wjechać nimi do lobby, żeby było bezpiecznej, zewsząd proponowano nam „czaj”, a Kurd Orhan pomógł nam i zaprosił na obiad, kiedy się zgubiliśmy. Ludzie podchodzili na stacjach benzynowych, uśmiechali się, zagadywali. Jedna tylko rzecz nie dawała mi spokoju. GDZIE SIĘ PODZIAŁY KOBIETY??? Nie zrozumcie mnie źle, nie to, że ich w ogóle nie było. Ale we wszystkim miasteczkach, w których się zatrzymywaliśmy, po wyjściu „na miasto” kobiety stanowiły może z 10% spotykanych osób i na pewno nie siedziały sobie w knajpach przy herbatce. Wszędzie faceci, kierowcy faceci, w sklepach faceci, w piekarniach faceci. W Erzurum, po wyjściu z hotelu na jedzenie zapytałam się Jarząbka, czy my przypadkiem nie trafiliśmy do jakiejś gejowskiej dzielnicy, bo wszędzie widziałam obejmujących się i żartujących ze sobą mężczyzn.

 

I taka właśnie była dla nas Turcja- trudna, zabawna, upalna, piękna. Reszta zostanie w naszych głowach, także teraz kurtyna 🙂

Pozdro,

Marta

Pozostaw komentarz