ŁADOWANIE

Ah ten Nepal!

DreamCatchersJourney

Ah ten Nepal!

Nepal to kraj, który mocno dostaje w kość, a to i tak łagodne określenie. Sytuacja gospodarcza nie zachwyca, stosunkowo niedawno, bo w 2006 roku, zakończyła się trwająca tam 10 lat wojna domowa, a do tego dochodzą tragedie w postaci trzęsień ziemi, ostatnie miało miejsce w 2015 roku. Dzięi Bogu była to sobota, bo zawaliło ponad 6000 szkół, na szczęście bez dzieci. Problem trzęsień ziemi, nie jest tam jednak żadną nowością, wszyscy wiedzieli, że ono nastąpi i to prędzej niż później, ale co z tym fantem zrobić, Nepalczycy nie mieli pomysłu. Trzeba by ludzi przesiedlić z niebezpiecznych terenów, budynki wzmocnić i przebudować, nad świadomością obywateli popracować, bo to przecież spadający na głowę gruz zabija, a nie wstrząsy, nie można tam budować tanio, szybko i byle jak. Ciekawskich odsyłam do raportów dotyczących tego wydarzenia, np. Earthquakes without frontires. Jest nawet taki fajny dokument o Polakach (Maciej Pastwa i Sylwia Jędernalik), którzy wyjechali do Nepalu budować szkołę. Projekt życia. Gość sprzedał swoje mieszkanie w Polsce, żeby dać dzieciakom na drugim końcu świata możliwość uczenia się w godnych warunkach. Wiecie, co było dla nich najtrudniejsze? Zmuszenie Nepalczyków do solidnej, rzetelnej pracy, bez cwaniaczenia. Generalnie, żyje sobie taki Nepalczyk z dnia na dzień, w takim poczuciu tymczasowości, jutro dla niego nie istnieje, jest tylko dzisiaj. Co kilkadziesiąt lat musi dom odbudować, szkołę dla dzieci na nowo postawić, bez większej wiary w lepsze czasy, bez wiary, że coś się może zmienić, a skoro i tak to wszystko tylko “na chwilę”, to niech będzie po łebkach. Zapraszam Was zatem do Nepalu, nie będzie tu jednak słodzenia 😉

DreamCatchersJourney

Niezręcznie, niekomfortowo i źle

Jest mi bardzo niezręcznie, niekomfortowo i źle pisać o jakiejś nacji niepochlebnie. Zwłaszcza takiej, co to doświadcza kataklizmów. Jednak w naszej ocenie ludzie, których przez miesiąc naszego podróżowania po tym kraju spotkaliśmy można w większości wrzucić do kategorii “leniwe cwaniaczki”. Nie oznacza to jednak, że nie można się z nimi pośmiać, pogadać, że Ci nie pomogą w potrzebie (choć są raczej interesowni). W każdym razie nie należą oni do narodu, o którym można jednogłośnie powiedzieć “Ale oni są super!”, jak np. o Irańczykach czy Tajach. A jeśli zastanawiacie się dlaczego? Oto kilka przykładów.

Brud i smród

Jeżdżąc po Nepalu to, co rzuciło nam się w oczy najbardziej to fakt, że nikt nie dba o więcej niż musi, a już na pewno nie o coś, co nie należy bezpośrednio do niego. Co to znaczy. To znaczy tyle, że jeżeli np. na drodze w miasteczku zostanie rozjechane jakieś zwierzę to będzie tam leżeć prawdopodobnie tak długo, aż się samo nie rozłoży, ewentualnie do momentu, gdy inne pojazdy nie rozjadą tego tak bardzo, że kompletnie straci kształt. Inny przykład, rowy przy drogach w miastach wypełnione są śmieciami po brzegi. I to np. w ogóle nie boli posiadaczy domów przy rzeczonym rowie. W końcu proceder śmiecenia nie ma miejsca u nich na podwórku, tylko za ich płotem. W Parku Narodowym Bardia, który swoją drogą jest przepięknym miejscem, byliśmy świadkami, wyrzucania worów ze śmieciami do rzeki, a to turystów prosi się, żeby nie śmiecić, matkę naturę szanować. Gdyby ktoś miał w Nepalu ochotę pooddychać pełną piersią dobrze się wybrać na trekking w góry, reszta kraju, z Kathmandu na czele, przez przeraźliwy smog, po prostu śmierdzi.

Poprawne i adekwatne rachunki

Na palcach jednej ręki możemy policzyć dni, kiedy dostaliśmy poprawny i adekwatny rachunek za nasz pobyt wystawiony przez hotel, guest-house czy inną noclegownię. Bardzo często do rachunków podopisywane były rzeczy, których nie zamawialiśmy, czyli np. jakaś zabłąkana “milk tea”, innym razem ktoś sobie przyjął kosmiczny kurs dolara (na szczęście, gdy rezerwujecie coś z booking’a macie zagwarantowane, że zapłacicie po kursie z danego dnia). Czy zostaliśmy przeproszeni chociaż raz za próbę zrobienia nas w konia- Nie.

Dojenie turystów

Za dostęp do wielu atrakcji, jako turysta musisz zapłacić. I my to rozumiemy, szanujemy i płacimy, choć jako biały turysta często musisz zapłacić kilka razy więcej niż ten azjatycki, co jest wg. nas co najmniej słabe. W każdym razie idea płacenia za wstęp do różnych atrakcji jest taka, żeby pieniądze przysłużyły się w jakiś sposób temu miejscu, a nie Nepalczykowi siedzącemu na kasie. Dlatego kiedy poszliśmy do Monkey Temple i zapłaciliśmy 400 czy 500 rupii za wstęp, a gość na kasie bez żadnego pokwitowania mówi “OK, you can go”, to my na to, że nie OK! Daj nam bilet! Francuzi, którzy kupowali bilety przed nami zorientowali się, o co chodzi i również zażądali swoich. Nepalczyk się mocno wkurzył, ale ostatecznie dał.

Za pozwolenie na przejście przez Durbar Square, który stanowi właściwie serce starego Kathmandu, również trzeba zapłacić i to nie mało (“biali” 1500 rupii!). Nie byłoby w tym nic szokującego, bo przecież jest to plac królewski obfitujący w imponującą ilość zabytków, które niestety mocno ucierpiały w trzęsieniach ziemi, z paroma ALE. Po pierwsze są to tak naprawdę 3 połączone ze sobą place, zajmujące naprawdę duży obszar. Ludzie przechodzą przez nie, często żeby po prostu dostać się na drugą stronę, bez chodzenia naokoło. Po drugie Nepalczycy urządzili sobie tam bazar i to taki wiecie, majtki bawełniane, staniki, miotły, baterie, więc panuje tam klasyczny brud, smród i chaos. Po trzecie wejście na plac jest, rzecz jasna, z kilku stron i z każdej przypomina zatłoczony deptak. Budka z biletami stoi gdzieś w kącie, a ludzi, którzy mają zapłacić wyłapuje jakiś chłopaczek. Fala ludzi mija nas z każdej strony, w tym turyści tacy jak my, a to my akurat mamy zapłacić. Nie podoba nam się coś takiego, albo wszyscy turyści płacą albo nikt, takie typowanie na chybił trafił mamy w poważaniu. Generalnie gorąco polecamy zabieg wyśmiewania cen, które Wam proponują, bo to czasem zakrawa na absurd, taksówki, owoce, ryksza, czekolada. Wyśmiewanie często sprowadza ich na ziemię.

Napiwek ZAWSZE

Nepalczycy uważają, że napiwek należy im się zawsze i za wszystko. Nie pomaga fakt, że rząd nepalski wprowadził obowiązkowy “service tax” w wysokości 10%.  Zaprezentuję Wam na przykładzie, jak to działa. Schodzisz do hotelowego lobby i mówisz:

-Poproszę piwo Everest.

-Oczywiście- odpowiada pracownik hotelu, po czym schyla się do lodówki pod kontuarem i podając Ci piwo z rachunkiem mówi:

-550 Rupii.

Patrzysz zaciekawiony na rachunek, bo przecież cena piwka widniejąca w menu to 500 rupii. Zaskoczony uświadamiasz sobie, że za czynność “schylenia się do lodówki” został doliczony obowiązkowy napiwek.

Bez żenady proszą o napiwek i nieważne, że:

  1. pomylą Twoje zamówienie,
  2. zgubią część Twojego bagażu,
  3. nie zaproponują grzecznościowej pomocy we wnoszeniu go na 5te piętro (lub 3cie, lub 4te),
  4. już i tak zapłaciłeś słono za jakąś atrakcje, np. spacer po dżungli,
  5. dopisali coś do Twojego rachunku.

Nic im nie przeszkadza.

Ruch uliczny

Pierwsze wrażenie, jeśli chodzi o ruch uliczny: Lepiej niż w Indiach, ale nie jakoś dużo lepiej. Generalnie wolniejsze pojazdy trzymają się z boku, jak chcesz kogoś wyprzedzić krótka informacyjna trąba wystarczy. Największy problem i niebezpieczeństwo, jak zwykle z resztą, stanowią kierowcy autobusów, minivanów i taksówek. Ale też kierowcy “zwykłych” pojazdów wykazują pewien bardzo wyrównany poziom zidiocenia na drodze. Objawia się on tym, że jeżeli np. my rezygnujemy na chwilę z manewru wyprzedzania, dajmy na to ciężarówki, bo warunki są super niesprzyjające (patrz: zwężenie na moście, nadjeżdżający pojazd z naprzeciwka, ogromna dziura w drodze, zakręt), to pojazd za nami… nie rezygnuje. W konsekwencji wielokrotnie byliśmy spychani przez takich delikwentów na bok, co nas wkurzało niemiłosiernie. Aha, dodatkowo przy wyprzedzaniu, w szczególności autobusów należy uważać, żeby nie zostać oplutym lub obrzyganym przez szybę. Nie wiemy, co oni żują, ale plują czymś czerwonym na potęgę. BLE.

DreamCatchersJourney

4 tygodnie pobytu, z czego 2 tygodnie trekingu, podczas którego parę razy przemieszczaliśmy się lokalnym autobusem. NIGDY WIĘCEJ. Drogi z Jomson do Tatopani praktycznie nie ma, chyba że od teraz koryto rzeki będziemy nazywać autostradą. Jedzie się tak niebezpiecznymi drogami, że to jest wg. mnie chore, żeby pokonywać to przeciążonym, starym, zdezelowanym autobusem pełnym turystów i nie ukrywałam swojego oburzenia. Zapytaliśmy czy stan tych dróg to wynik ostatniego trzęsienia ziemi i okazuje się, że nie. Było tak zawsze, a przed trzęsieniem nawet gorzej.

DreamCatchersJourney

W Nepalu byliśmy świadkami 4 wypadków, a w jednym z nich nawet uczestniczyliśmy, raz samochód wypadł z drogi przed mostem, raz dostawczak się przewrócił, raz autobus utknął w rzece, a gdy wracaliśmy autokarem do Kathmandu w nasz autobus wjechał van. Jeśli dodamy do tego karetki, nagminnie włączające sygnał, by usprawiedliwić jeżdżenie pod prąd, gdy jest korek, w wyniku otrzymujemy coś pomiędzy Indiami a Pakistanem.

Treking Annapurna Circuit

To było coś! Nie jesteśmy typowymi “Ludźmi gór”, w sensie zaliczyliśmy w karierze kilka naprawdę wysokich pasm, ale na motocyklach, nie pieszo. Powiem Wam, żeby było jeszcze śmieszniej, że już w Pakistanie przymierzaliśmy się do trekingu. Chcieliśmy sobie obejrzeć z punktu widokowego K2 albo Nanga Parbat. Niestety okazało się, że musielibyśmy iść ze 2 do 6 dni, w zależności od trasy. Uznaliśmy wtedy, że to stanowczo za długo… Skończyliśmy za to kilka tygodni później na trekingu 14 dniowym, w dodatku połączonym ze zdobyciem przełęczy na ponad 5000 metrów npm. Cóż, ludzie nie zawsze postępują logicznie. Decyzję podjęliśmy spontanicznie, a skoro nie mieliśmy żadnego doświadczenia w chodzeniu po górach zdecydowaliśmy, że weźmiemy przewodnika. Wyposażeni w rzeczy do pieszych wędrówek na szczęście byliśmy, bo wiecie z racji ograniczonej przestrzeni, na taką wyprawę nie zabiera się za wielu ciuchów, z reguły bierze się takie, co to pełnią jakąś funkcję, chronią przed wiatrem, odpina się im nogawka itp. Pomogła nam w tym Regatta Polska! Za co serdecznie dziękujemy, bo ciuchy spisały się na medal!

Co do przewodnika, ten treking na spokojnie można zaplanować i zrobić samodzielnie, mnóstwo ludzi tak robi. My tego nie wiedzieliśmy, nie przygotowaliśmy się, nie znaliśmy się na tym. Po prostu jednego dnia zdecydowaliśmy, że idziemy, znaleźliśmy najtańszą firmę, która to organizowała, a następnego dnia wyruszyliśmy w drogę, żeby zdążyć do Kathmandu na datę rozpoczęcia wyprawy. I uczciwie możemy powiedzieć, że Samrat, nasz przewodnik, był w porządku, naprawdę cieszyliśmy się, że wszystko za nas załatwia, że nas motywuje, że niczym nie musimy sie martwić, ale gdzieś tam w serduchu, jak już odkryliśmy, jaki jest know how takiej wycieczki to mieliśmy czasem myśli, że przepłaciliśmy…

Treking sam w sobie przez większość czasu nie był trudny, ale generalnie te 2 tygodnie muszę zaliczyć do bardzo niekomfortowych. I nawet nie chodzi o sam aspekt “chodzenia” pół dnia, raczej o to, że gdy tylko zachodziło słońce robiło się momentalnie zimno. Im wyżej, tym oczywiście zimniej. Pokoje w guest house’ach, w których śpi się po drodze są w większości drewniane, nieogrzewane, wieje przez nie wiatr. Wstajesz rano zimno, kładziesz się spać zimno. W noc przed zdobywaniem przełęczy, było -15 stopni. Obłęd. Ja nawet w lato śpię w skarpetkach, więc możecie sobie wyobrazić, że mimo pięknych widoków bardzo chciałam te przygodę jak najszybciej zakończyć. Teraz patrząc na te przygodę z perspektywy czasu, bardzo, bardzo, bardzo cieszymy się, że to zrobiliśmy z prostego powodu. Nigdzie już dla nas nie jest na piechotę daleko. Zamiast podjeżdżać, gdzieś 2 km, teraz chodzimy spacerkiem, a żadna ilość schodów nie jest dla nas za duża, w końcu z Tatopani do Gorepani szliśmy schodami pod górę 9 godzin 🙂

I taki to dla nas był Nepal proszę Państwa. Piękny, brzydki, fajny, brudny. Jedźcie i sprawdźcie sami, do tego Was zawsze będziemy zachęcać 😉

Poniżej potężna dawka fotek z trekingu.

Pozostaw komentarz